Moja droga . . .

kandydat na burmistrza miasta Sanok

Moja droga . . .

Wrzesień 2, 2018 Uncategorized 0

Moja droga …

Oczywiście kartka papieru jest pojemna, a CV to takie piękne opakowanie, w którym można schować dowolny produkt. Ale jest też mapą drogi, którą przeszło się do punktu narracji.

         Dlatego myślę, że kandydując, warto i należy pokazać ślady blizn oraz zmarszczek smutku, dumy i radości, jakie doprowadziły do miejsca, w którym się znalazłem. Pomoże to także pokazać predyspozycje i kompetencje, uzasadnić Państwu moje aspiracje startu w najbliższych wyborach na stanowisko Burmistrza Sanoka. W związku z powyższym oddaję Państwu pod ocenę siebie samego, moją dotychczasową pracę, moje doświadczenia. I nie tylko.
         Nie licząc dorywczych prac wakacyjnych podejmowanych w czasach licealnych na MOSiR-ze przy koszeniu trawy, sprzątaniu basenu i mieszaniu chloru sypanego z wiadra do wody, moją pierwszą pracą zawodową było montowanie złączek samochodowych w Pass Stomil (92/93). Tam poznałem w realu czym jest zarządzanie ekipą produkcyjną, jak wyglądają stopnie kierownicze wszystkich szczebli, dowiedziałem się, że mistrz to nie tylko pojęcie zarezerwowane dla Shihana. Poznałem też zapach pracy u podstaw, zrozumiałem fizyczną wartość każdej zarobionej złotówki. W tym czasie wyśniłem pomysł, który w niedzielny, wczesny poranek obudził z głębokiego snu moim telefonem Artura Andrusa. Ale o tym później.
          Następnie, mój dobry kolega jeszcze z I LO, Benek, wciągnął mnie do hurtowni spożywczej (93/94) na Sienkiewicza, a potem na Bema. Tam poznałem wielu ludzi i ich potrzeby. Dobry sprzedawca jest jak spowiednik, dziś wiem, że nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady. I działa to w obie strony. Z tamtych czasów pamiętam jak w mroźny, ale słoneczny poniedziałek, dotarło do mnie, że w wypadku autokaru wiozącego sanockich hokeistów zginęła trójka dobrych moich znajomych -sąsiad z Kochanowskiego Tomek, Iza „nasza młodsza siostra z paczki” oraz Piotrek, z którym dosłownie w noc przed tragicznym wyjazdem bawiliśmy się na studniówce w II L.O. Nie chcieliśmy go wypuścić, ale uparł się, że musi iść, bo rano jedzie na mecz. Może gdybyśmy…. Płakałem schowany między skrzynkami, a klienci dyskretnie wychodzili nie pytając o nic. Nie musieli.
         W tamtym czasie mój umysł intensywnie pracował nad wizją i marzeniem stworzeniem radia, ale o tym za chwilę, i właśnie w tym celu razem z przyjacielem (śp. Maćkiem) weszliśmy na ścieżkę sanockiej prasy. Najpierw w „Tygodniku Sanockim”, ale wkrótce potem, pod przywództwem śp. Marka, otworzyliśmy pierwszą, niezależną miejską gazetę „Echo Sanoka„. To był czas, gdy wolność uderzała nam w tętnice niczym mocne porto. Z ludźmi, których wtedy poznałem w redakcjach, dziś czasem polemizuję, ale szacunek i sympatia pozostaną z nami na zawsze, jak wspomnienie tamtych szalonych chwil niezależności.
        Następnie dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej, Leszek, zadzwonił do mnie, że księgarnia „Bosz” (94) poszukuje kogoś do stworzenia działu muzycznego. Czy chciałem spróbować? To było jak pytanie głodnego o kawałek pizzy! Tworzenie działu muzycznego, zakup płyt, towaru, ustawianie mebli, głośników, wszystkiego! Do tego stały kontakt z ludźmi i muzyką, a całość pod okiem niesamowitej, drobnej i wszystko wiedzącej, ciepłej i mądrej, wiecznie zanurzonej w książkach pani Zosi.

Czas na legalne handlowanie muzyką był ciężki. Wszechobecne piractwo w zestawieniu z cenami oficjalnych tytułów nie pozostawiało złudzeń, ale trzymaliśmy się mocno. Nawet rozkręciłem filię działu muzycznego w Przemyślu.

        Wreszcie pojawiło się wyzwanie na zrobienie użytku z wiedzy zdobytej na studiach. „Specjalista ds. sprzedaży i marketingu” brzmiało dumnie i to już było coś. Własne biurko i wolna ręka w Bieszczadzkich Schroniskach i Hotelach PTTK (95/96). Prezes Józef powierzył mnie w ręce Wojciecha, człowieka, który pokazał mi otaczający świat na nowo. Jego opowieści i wiedza o Sanoku i Bieszczadach uświadomiła mi, gdzie tak naprawdę jestem. To było jak założenie trójwymiarowych okularów w kinie 3D. Nauczyłem się tam trudnej sztuki uprawiania turystyki, a nawet popełniłem pracę na Akademii Ekonomicznej w Krakowie pt. „Produkt turystyczny. Aspekt marketingowy w woj. krośnieńskim”. Wtedy też zrozumiałem potrzebę bywania na targach, wystawach, uczestniczenia w meetingach, generalnie pojąłem czym jest wyjście na zewnątrz oraz jak ważna jest promocja. Ale cały czas w środku czaszki czekałem na sygnał. Wreszcie zadzwonił.
           Krajowa Rada Radia i Telewizji ogłosiła konkurs z częstotliwością na Sanok! Wyposażony w odpowiednią wiedzę wyjechałem do Warszawy, gdzie po raz kolejny ofiarą mojej wizji i dążeń stał się wspomniany wyżej Artur. Użyczył mi mieszkania, żebym mógł codziennie nachodzić urzędników KRRiT, a w wolnym czasie wprowadzał mnie w tajniki warsztatu radiowego. Aż nadszedł radosny dzień. Pod koniec 1996 roku otrzymaliśmy radiową koncesję dla Sanoka!!!
         Organizacja radia, firmy, zespołu, techniki, finansów, studia i promocja projektu zajmowały nam dosłownie 24/h i siedem dni w tygodniu, ale po sześciu miesiącach byliśmy gotowi. 16 czerwca 1997 roku, dokładnie o godzinie 12:00, aksamitnym, ale niskim głosem Mariusza, w eter poszła informacja, że „Radio Bieszczady” (1996-2007) z Sanoka rozpoczyna swoją działalność. Jedenaście cudownych lat wzlotów, upadków, walki i triumfów nauczyło mnie na czym polega prowadzenie biznesu oraz zarządzanie firmą. Najpierw jako wice, potem prezes i redaktor naczelny. Bez żadnych dotacji ani łask polityków, w czasie globalnego kryzysu przełomu lat 90 i milenijnych, budowaliśmy firmę, która była dla nas wszystkim. Dopinaliśmy wilomilionowe inwestycje, walcząc o każdą złotówkę na rynku. I udało się nam! Z małego sanockiego radyjka zbudowaliśmy największą na Podkarpaciu, znaną w Polsce, niezależną, komercyjną stację radiową. Do dziś zastanawiam się, jakby wszystko potoczyło się dalej, gdybyśmy, jako wspólnicy, nie skorzystali z niezwykle kuszącej oferty odsprzedaży udziałów spółki. Ale gdybanie nie ma sensu. W każdym razie z bardzo gorącej walki radia Zet, Agory, RMF i Eski o naszą koncesję i cztery częstotliwości, zwycięsko wyszła polska spółka i w krótkim czasie zamieniała nasze jingle na jingle Eski.  Ale doświadczenia, znajomości ludzi i mechanizmów rynkowych, politycznych i społecznych odsprzedać nie sposób. Pozostały.
           Dlatego też, po wyborach parlamentarnych, Pani Wojewoda Małgorzata, zaprosiła mnie do swojego gabinetu w Rzeszowskim Urzędzie Wojewódzkim (2007-2011) i tak zostałem jej doradcą z pierwszą i jedyną w życiu pracą poza Sanokiem. Praca pomiędzy Kancelarią Rady Ministrów, a najmniejszymi gminami Podkarpacia była niczym uniwersytet eklektycznej wiedzy o wszystkich aspektach życia polityczno-gospodarczo-samorządowo-społecznego w Polsce. Pamiętam, że gdy pierwszy raz zasiadłem na cotygodniowej odprawie najważniejszych urzędników Podkarpacia, zrozumiałem powiedzenie o „tureckim kazaniu”. Czyli mało zrozumiałem. Ledwo nadążałem z notowaniem zagadnień, które później ambitnie zgłębiałem w Internecie. Tak, to był najprawdziwszy uniwersytet interdyscyplinarny. A jego egzaminem końcowym było ponowne powołanie „mojej” Pani Wojewody przez Premiera na to stanowisko, łącznie z moim doradztwem. Czego się wtedy nauczyłem o świecie, w którym żyjemy? Dosłownie wszystkiego. Poznałem każdy aspekt mechanizmów otaczającej nas codzienności i ogromną ilość osób, polityków, samorządowców każdego szczebla oraz sprawy, o których istnieniu nie miałem do tamtej pory najmniejszego pojęcia.

          Po czterech latach tej największej karuzeli, na jakiej przyszło mi się kręcić, coraz częściej zaczynałem tęsknić za spokojem, dzićmi i pracą oddaloną o pięć minut drogi od domu. Okazją był konkurs na dyrektora MDK w Sanoku (2011-2018). Mała placówka, z ogromnymi problemami. Fatalne wyposażenie, podobna atmosfera, zła prasa i takie same doświadczenia wynikające z zarządzania, którego efektem były skazujące wyroki sądowe, kontrastowały z potencjałem, pasją i talentem wspaniałej ekipy pracowników. Od samego początku wiedziałem co mam robić. Nic, absolutnie nic, co mogło nadal blokować ten wybuch energii, jaki nastąpił, gdy pracownicy poczuli wolność i swobodę kreacji. Bardzo szybko odbudowaliśmy prestiż, zaufanie oraz dobre imię placówki, udało nam się doposażyć i praktycznie całkowicie odnowić to magiczne miejsce. Razem pokonaliśmy wiele ostrych raf i niebezpieczeństw, aby wypłynąć na spokojniejsze morze. Przeżyliśmy przekształcenie, cięcia i redukcje, ale także wiele pięknych i wzruszających chwil. Dziś, po siedmiu latach pracy w Młodzieżowym Domu Kultury czuję spełnienie i dumę oraz szczęście, że mogłem być cząstką jego historii oraz jednym z członków tej wspaniałej społeczności, która wraz z zespołem tworzy naprawdę wielotysięczną i różnowiekową rzeszę. Zamknąłem ten rozdział życia przy ogromnej “pomocy” władz Powiatu, ale tak już w życiu jest, że jedyną stałą są zmiany.

           Mógłbym jeszcze napisać o wszystkich projektach w jakich uczestniczyłem, prowadziłem, nadzorowałem oraz organizowałem. Tych unijnych jak i krajowych, udanych i nie. O wyjazdach do ośrodków decyzyjnych w kraju i zagranicą lub imprezach jakie organizowałem i kreowałem. Mógłbym wymienić nazwiska słynnych osób, autorytetów, polityków, sportowców, celebrytów, których poznałem po drodze, ale każda kartka ma swoją objętość a czytelnik cierpliwość. Niemniej jednak muszę jeszcze napisać jedną bardzo ważną rzecz.

           Zdecydowałem się przystąpić do Demokratów Ziemi Sanockiej, bo znowu poczułem synergię energii wielu osób i środowisk. Są wśród nas bardzo doświadczeni i kompetentni ludzie; starostowie, najdłużej urzędujący sanocki burmistrz, marszałek województwa, dziennikarze, przedsiębiorcy, nauczyciele, artyści, wieloletni radni, ale są także osoby o totalnie świeżym spojrzeniu, wizji świata i naszego Sanoka. Bardzo różni, z różną przeszłością i historią, ale wspólną motywacją, aby odmienić coś w naszej codzienności. Wierzący, że Sanok OdNowa może pobudzić cudowna moc ludzkiej energii. Przeczucia, że z czegoś będą owoce, nigdy wcześniej nie zlekceważyłem i jak się dotychczas okazywało, bardzo słusznie. Myślę, że i tym razem będzie tak samo!

Jakub Osika


PS
Dla hejterów. Polityka (2007-2014). Tak, byłem członkiem Platformy Obywatelskiej i była to moja jedyna formacja. Niemniej po fazie satysfakcji zrozumiałem, że ta kapryśna pani w naszym krajowym wydaniu (nie chodzi o konkretną legitymację, ale o mechanizmy systemu politycznego) nie jest damą, z którą czuję się komfortowo. Dużo lepiej odnajduję się w samorządzie i życiu społecznym. Dlatego moja dotychczasowa aktywność na tym polu odbywała się bez politycznych barw, a w wyborach startowałem z niezależnych i niepolitycznych komitetów.  Z PO wystąpiłem w 2014 roku, kiedy była u szczytu swojej władzy i mało kto wtedy przypuszczał, że to już szczyt. Nie było to zachowanie koniunkturalne.
Na koniec deklaruję, mam znajomych i przyjaciół w każdym obozie politycznym oraz potrafię współpracować z każdym politykiem, ponieważ w ludziach widzę osoby, a nie legitymację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *